Wspieranie integralnego rozwoju dzieci i młodzieży prowincji Datem del Marañón w Peru

Kochaj milosc, ktora nie jest kochana

Don Pedro siada na wieczornej Mszy w pierwszej lawce, wpatrujac sie w Najswietszy Sakrament z niesamowita dobracia w oczach i usmiechem na ustach. Z jego serca plynie spokoj i duzo milosci. A takze doswiadczenie zycia.

 Pewna doña tworzy tradycyjna bizuterie. Do tej pory widzialam takie naszyjniki tylko na zdjeciach, dzisiaj juz sama potrafie je robic. Otwieram szeroko oczy i uszy, kiedy opowiada mi o kulturze znad Cahuapanas. Dziecko nosi na kostkach zawiazane sznurki – ´to po to, by szybko i zdrowo rosly jego nogi´ – opowiada. Karmi malenstwo swoim mlekiem, pozniej usypia na kolanie, nie zaprzestajac robienia naszyjnika. Jest mama 7 dzieci. Sztuki tworzenia bizuterii nauczyla ja mama.

Na ostatniej Mszy animatorzy zatanczyli uwielbieniowy taniec. Tradycyjne, kolorowe stroje, piora uwiazane u glowy i dzwiek fletu z piosenka w jezyku shawi przywolywal ich ziemie. Kazdy gest i poszczegolne czesci garderoby ma swoje znaczenie, to niesamowite bogactwo kulturowe przemawialo do nas w Kosciele. Oto i zakonczyl sie kurs animatorow wspolnot Shawi. Shawi to jedna z najwiekszych etni w naszym dystrykcie, operuje wlasnym jezykiem i trudni sie glownie rolnictwem. Doswiadczenie 10 dni obok ludzi z tak odleglej dla mnie rzeczywistosci, ludzi, ktorzy do bialej koszuli z kolnierzem i czarnych spodni na kant wcale nie zakladaja butow, nie ukladaja puzzli, przez co pozniej sprawia im problem czteroczesciowa ukladanka, nie potrzebuja pelnej zastawy obiadowej, by radosnie i sycie zjesc. To dopiero dobre doswiadczenie. I wielka nauka. Bo co jest w koncu wazne w zyciu?

P.S. Malowanie oratoriow zakonczone. Najwiecej radosci sprawialo odbijanie dloni dzieciakow na cegielkach tworzacych kaplice.

P.P.S. Od kilku dni nie opuszcza nas deszcz. To oznacza kilka rzeczy: *rzeka znaczaca sie podniosla, mozna wiec spokojnie doplynac do odleglych wiosek, *jest woda do prania, *pojawia sie nieustajace bloto, przez ktore musze ubierac gumowce nawet idac z obiadem do mojego amigo – na druga strone ulicy, *ze mamy przednia zabawe w oratorium, bo nie ma nic lepszego od gry w pilke nozna na sliskim boisku I pelnej klimatyzacji (chodzi o wiatr i wode, ktora systematycznie zmywa pot i gasi pragnienie), *iz pranie schnie dwa dni, a nie dwie godziny, *a takze to, ze w kaluzach blota zamieszkuja gusano – male robaczki – ktore chetnie zamieszkuja ludzkie stopy (jak to uczynil jeden z moja)

Ostatnie dni i troche o moim kawalku Ziemii…

Temat rzeka. Tyle do powiedzenia o naszym oratorium. Trzeba przejsc przez pol miasteczka (ok, nie pol. Ono tak naprawde jest duze, tylko strasznie rozlegle), kolo szkoly, szpitala i przez ‘lotnisko’, zeby trafic na ulice, o ktorej juz zdarzylo mi sie powiedziec ‘moja’. Tam cala chmara dzieci, ktore pedza razem z nami do naszego oratorium. Czym jest nasze oratorium? No tak, pozornie prawie nic tam nie ma. Jest kaplica, w srodku lawki, obok dwa trawiaste boiska, studnia i pelno blota po deszczu. A z tylu las.

-        Syla, wiesz czym dla ciebie bedzie to miejsce po tym roku tutaj? – powiedziala mi raz Magda. No tak… Juz dzis nie umiem opisac tego w kilku zdaniach. Od poczatku wiele sie tam dzialo. Zdarzylo nam sie juz miec tam pozar, wyciagac ze studni pilke do siatkowki wykorzystujac do tego dziecko zawieszone na skakance, grac w noge w ulewie i byc od blota umazanym doslownie WSZEDZIE. Zdarzylo sie smiac codziennie i plakac od czasu do czasu, nawet raz po prostu kazac wszystkim isc do domu i zamknac drzwi. Zdarzylo sie ‘miec stracha’ przed wyjsciem na srodek z tym naszym salezjanskim ‘slowkiem na popoludnie’ i zarzylo sie pomyslec, ze juz to lubie (tj wyglaszac codziennie slowko :P ). Zdarza sie czesto biec boso przez trawe i – po prostu – czuc sie jak u siebie!

Bo dzieci po jakims czasie zapominaja, ze do nas – z Europy – mozna byc uprzedzonym. Albo inaczej – one nawet tego nie wiedza. Tam moge byc nawet jedna z nich. Tylko od czasu do czasu slysze, ze ‘mam wlosy jak lalka’.

Czasem mysle sobie, ze gdyby w tym miasteczku byly same dzieci, to bylabym tu juz w stu procentach ‘u siebie’. Przytulaja sie, usmiechaja i przychodza nastepnego dnia.

Zdarzylo sie uciekac przez oba boiska w trawe przed kims z jaszczurka w rece, zdarzylo sie skakac w gume haha i miec pajaka w kieszeni, zdarzylo sie pomalowac cala sciane, zdarzylo sie spiewac trzy godziny, zdarzylo sie (ale to akurat Magdzie) wpasc do blota po kolana i nie umiec wyjsc, to znaczy wyjsc zostawiajac gumowce w tym blocie. Zdarzylo sie nawet prawie wjechac komus w plot motorem i robic codziennie ludzi w konia w kosciele spiewajac piosenki ze zmieniona melodía.

                                            …..

Nawet sie nie zastanawialam po raz setny- kto by pomyslal. O takich rzeczach po prostu nikt nie mysli.

A termity do dzis atakuja moj pokoj.

Choc… Moze I to wszystko brzmi pieknie, ale nie zawsze takie jest. Juz to czuje na wlasnej bladej skorze, ze wolontariat misyjny nie musi byc slodkim tortem. Nie wiem, czy kiedykolwiek nim jest. Choc to slowo – misja – czasem troche z nim uwazam. Chodzi mi o to, ze kojarzy sie z jakimis wielkimi dzielami, a ja nie robie wielkich rzeczy. Ja dziele sie kawalkami swojego zycia, przytulam dziecko, jak placze nawet z byle powodu, zrzucam buty I wskakuje do blota, gram na gitarze kiedy trzeba I spiewam, kiedy kaza. Nic wiecej nie potrafie

I ufam, ze to faktycznie mialam byc ja. Ze to wlasnie o to chodzi – podzielic sie tym, co uwazam na zajpiekniejsza rzecz, jaka znalazlam w zyciu – wiara. Bo nigdy nie spotkalam ludzi bardziej szczesliwych, niz ci, ktorzy wierza w Boga.

Hmmm I przyznam, ze potrafi byc bajkowo. Obudzic sie na lodce wracajac do San Lorenzo z ‘oplywu’ (zainspirowane slowem ‘objazd’) po comunidades (wspolnoty w malych wioskach) – ok jeszcze raz – obudzic sie na lodce, a raczej byc obudzonym przez czarnookie dziecko, ktore sie smieje, ze w ogole zasnelam, gdzies na mojej Marañón, to jest dopiero nieziemskie.

………….

Nie wiem, czy jeszcze cos sklece przed wyjazdem do Ullpayacu. Tam nie ma internetu, zasiegu, zreszta w ogole prad te kilka godzin ledwo jest. Wiec widzimy sie w polowie grudnia!!!

A wtedy – to dopiero czeka Was relacja!

Sylwia &M

Kolejne dni…

Zawsze mi mowili, ze wygladam I zachowuje sie na starsza, niz jestem- wierzylam. Dopiero tutaj na wierzch wychodza wszystkie moje dziecinady, przynajmniej tak sie czuje. Racja jest, ze wolontariat misyjny I rok bycia poza domem w obcej rzeczywistosci weryfikuje wszystko, od A do Z I widac jak na dloni wszystkei moje mocne I slabe strony z taka wyrazistoscia, ze az mnie to zaskakuje. Pomijajac juz to, ze nie zaskakuje mnie juz tylko fakt, ze ciagle mnie cos zaskakuje.

               I czasem pomaga mi tylko mysl, ze przeciez- gdybys tego nie chcial, to nie byloby mnie tutaj

               To wszystko jest kwestia zaufania. Nie ja sobie wybralam to miejsce, jako wymarzony kraj, wymarzony region, co smieszne, nawet nie wymarzony kontynent na poswiecenie roku swojego zycia. Czasem wychodze z siebie, staje obok I dopiero wtedy widze, gdzie tak narpawde sie znalazlam. Pusta kaplica, bose dzieci, dwa trawiaste boiska I studnia, gdzie z trawy wyskakuje chancho (podobne do naszej swini) ze swoimi mlodymi I przechodza przez boisko na druga strone chowajac sie znow w trawie- jakby NIGDY NIC. I nie nalezy sobie myslec, ze sobie musze ciagle powtarzac, ze ‘to napewno tutaj mialam sie znalezc’, zeby czuc sie spokojnie, nie o to chodzi. Myslac o sobie jako wolontariuszce misyjnej teraz naprawde nie wyobrazam sobie byc w innym miejscu. W Afryce? W Boliwii? Nie wiem… Piura? Nie… Ja tu mam swoje San Lorenzo o ktorym myslalam codziennie przez pol roku zanim w koncu sie tu znalazlam. I naprawde nie chodzi mi o jakas przygode ‘niewygodnego zycia’, jakie sie tutaj ma. Jakis tydzien temu dajmy na to wysiadl generator zasilajacy pradem cala wioske. Gdyby nie generator pradu na parafii, nie byloby swiatla nawet tutaj. Internet pojawia sie od czasu do czasu razem z lutem szczescia. Jak sie rozpada, to po ulicy mozna prawie plywac. W blocie. Na poczatku to wszystko bylo dla mnie takie ‘nowe’, troche egzotyczne, az w koncu czlowiek przechodzi nad tym do porzadku dziennego I prawie nie zwraca uwagi I szczerze powiedziawszy wlasnie o to mi chodzi. Chce dzielic zycie tego miejsca I ludzi je zamieszkujacych. Siedzac wieczorem w oratorium w swietle ksiezyca, bo – coz – innego nie ma, ktos gran a gitarze, gram z nim. Albo spiewam. U kogos w domu velada (taka fiesta, pytajcie Magde o szczegoly ona tu specjalista antropolog), ktos tanczy, tancze I ja, a co, wiem, ze wszyscy wlasnie na mnie patrza. Ale do tego tez sie da (w jakims stopniu) przyzwyczaic. Jak ktos placze- tez jestem smutna. Lunal amazonski deszcz – wskakuje na boisko w oratorium, choc wiem jak to sie skonczy (tj bede miala bloto WSZEDZIE). Jest jak w normalnym zyciu- raz wesolo i raz smutno, moze wlasnie dlatego juz sie zakochuje w tym miasteczku. Za to, ze, mimo calej swojej odmiennosci, pozostaje normalne.

               Choc zedrzec sie ze mnie moich arabistycznych pogladow nie da zadna miara- i tak pozostaje wierna tezie, ze to Nil jest najdluzsza rzeka swiata. Amazonka jest druga w kolejnosci.

Tak wracajac do tego wieczornego grania na gitatarach- mam tutaj kilku uczniow. Tak- ucze tego, czego prawie sama nie umiem. Usmiech. Coz, slownictwo muzyczne mam juz opanowane…

Pamietam, jak siedzialam jakis czas temu na wlasnym lozku patrzac na rzesze mrowek, ktore zawrocily z drogi na scianie, jak tylko ich wejscie w podloge Magda polala benzyna (e, co ja gadam. Ropa). Coz to za inteligentne stworzenia, zawracaly sie nawet te, ktore po drodze ‘ostrzegaly’ juz zawrocone I przebieraly nozkami razem w gore sciany. Zadziwiajace.

A teraz myslami wroce jeszcze dalej, do Krakowa, na moja antresole, na ktorej wkuwalam slowka do egzaminu z arabskiego. Rozmawialam z W., ze bede miala tutaj oratorium, a dzieci beda za mna biegac kdzyczac ‘señoritaaaa!’, haha, przeciez nawet co do tego sie pomylilam!!! W. powiedziala wtedy- wow, to jest ‘przypal zycia’, marzysz o czyms I jestes tak blisko, a nagle pod nogi rzucaja ci cos kompletnie innego, a ty akceptujesz to. Zaakceptowalam I nie zaluje I powtorze to jeszcze z tysiac razy, NIE ZAMIENILABYM PERU NA ZADNA AFRYKE, mimo tego, ze to wszystko co sobie wyobrazalam nie pokrylo sie z rzeczywistoscia, mimo tego, ze dzieci krzycza do mnie ‘hermana!’, a nie señorita.

A potem okazalo sie, ze te inteligentne mrowki to byly termity.

S&M

Kobieta

Wracajac z biblioteki spotykam codziennie pewne kobiety. Maja dlugie, proste, czarne wlosy z rowno wycieta grzywka. Ubrane sa w kwiatowe sukienki, pelne kolorow, siegajace im do kolan. Nie maja butow, ale duzo bardziej przyciagaja ich duze, czarne oczy. Z przewiazanej przez ramie chusty wyglada twarz malenkiego dziecka. Pod reka trzymaja jeszcze kilka innych.  Zwykle zatrzymuja sie, patrzac na mnie pewnie tak samo intensywnie, jak ja spogladam na nie. Ogromna ciekawosc i innosc naszej fizjonomii sprawia, ze z wrazenia stajemy naprzeciwko siebie. One jednak czesciej. Ja, wciaz nieprzyzwyczajona, uciekam wzrokiem, totez nogi nabieraja tempa.

Mowia na nie: indígenas. Nativos. Kobiety dzungli. Sa piekne.

Co mysla, kiedy przyplywaja do San Lorenzo? Co pomyslalyby przybywajac do Limy?

Nie ma chwil trudnych

Na szkoleniu MSZ w Warszawie ktoregos dnia padlo jedno slowo, ktore zawiera sie w ogole mojego szoku kulturowego: polichronia czasu. To wlasnie kielkuje we mnie. Nie licze dni i godzin, choc pamietam, ze jestem w Peru juz ponad trzy miesiace. Niestety wiadomosci na blogu nie pojawiaja sie odpowiednio czesto. Juz spiesze z wyjasnieniem, dlaczego polichronia i skad te dziury na stronie bloga.

Kiedy psuje sie glowny motor zasilajacy prad w calym miescie San Lorenzo – nikt nie ma dostepu do pradu. Ja, jako, ze mieszkam na parafii, mam go jedynie wieczorami. To kilka chwil na zaladowanie komputera i komorki. Pozyteczne chwile, choc krotkie i za ktorymi tesknie coraz mniej. Wstajemy wczesnie, by klasc sie po zmroku. Zycie wyznacza slonce. Slonce, ktore jest przeciez z Gory – nie sposob sie nie dostosowac.

Co jeszcze odciaga od korespondencji? Moje ukochane dzieci. Oratorium przyciaga kazdego dnia okolo 60 – 70 osob w roznym wieku. Droge do oratorium wyznaczaja spotkania z dziecmi, ktore z daleka wykrzykuja moje imie. Czesto tez wielu z nich wybiega naprzeciw i serdecznie wita, zabierajac torby, pilki, siatki i wiadra, ktore ze soba ciagniemy. Powrot, natomiast, to zerkanie na grajace w Bingo panie domow, spacer z 10 dzieci, na ktore przypada po 1 palcu moich rak i uwierajace juz sandaly.

A doniesienia z oratorium? Malowanie oratorium trwa, co oznacza duzo dobrej zabawy dla dzieci. Odbijanie swoich rak i podkradanie papieru sciernego to ulubione zajecia. Czesto wylegujemy sie na chuscie Klanzy, grajac, spiewajac, czy rozmawiajac. Sport to kolejne ulubione zajecie. Za nami juz setki wykonanych kolczykow i bransoletek. Dziewczyny w oratorium mialy dzieki temu zajecie przez jakis czas. Dzis wrocily do grania w pilke nozna i siatkowke. Dzieki warsztatom jednak rozmawiamy czesciej i zastanawiamy sie nad nastepnymi.

Za mna takze pierwsze suri. Pierwsze zjedzone robaki. Grubiutkie i pelne bialka glisty, ktore rano wily sie na talerzu, popoludniu byly juz w moim zoladku. Za to chicha, yuka i banany towarzysza mi niemal kazdego dnia. I jak moglam zyc 24 lata bez sokow, ktore dzisiaj pije codziennie, wracajac z porannych zakupow? Po obiedzie biegne z posilkiem do mojego amigo. Ow bezdomny, ktoremu kilka lat temu ksiadz stworzyl zadaszenie i legowisko, wita mnie i zegna, powtarzajac kilka razy ´Buenos dias, seniorita, Buenos dias, seniorita, Gracias, seniortia, Gracias, seniorita´. Moj amigo.

Powoli wylaniaja sie takze nowi, dobrze rokujacy animatorzy. Kilka osob, dla ktorych odpowiedzialnosc za dzieciaki i oratorium jest rownie silna, jak moja, czy Sylwii, zostana przez nas przygotowane do tej roli. Karol, Katiana, Jesús czy Barcel – mlodzi i bardzo zaradni.

Nie ma chwil trudnych, bo te dobre calkowicie przyslaniaja momenty, kiedy tesknie za czekolada Goplana, krakowskim, naukowym klimatem, domowym obiadem u dziadkow i spotkaniami z bliskimi. Bog jest wielki i Jego pomysl na moja misje w San Lorenzo .. bardzo mi sie podoba.

Pierwsze dni

Jeszcze nigdy nie mialam palcow lewej reki tak twardych od grania na gitarze, jak tutaj. Powaznie. Do rak wpada mi co chwile inna. A spiewnik juz mam prawie pod poduszka.

Ale moze od poczatku…

No tak, nie odezwalam sie jeszcze od kiedy jestem w dzungli. Pierwsze wrazenie juz sie zamazalo gdziestam, dzis to juz nie sa moje pierwsze dni. Ale brakowalo mi dzielenia sie tym, co tutaj przezywamy. Czasem mozna to nazwac cyrk, czasem komedia, czasem dokument National Geographic, a czasem pozostaje tylko przyniesc komus chusteczke, zeby otarl lzy. Wow, ale mi to poetycko wyszlo…

Pewnie wszyscy o tym mysla, wiec na poczatek kilka slow o upale. Czasem mialabym ochote napisac cos na ksztalt ‘JUZ.NIGDY.NIE.USLYSZYCIE.ODEMNIE.ANI.SLOWA.NARZEKANIA.NA.SNIEG.’

A dzisiaj juz nie wiem, czy to nie jest takie straszne, czy po prostu ja sie przyzwyczailam. Co nie znaczy, ze cieplo nie jest. Czasem porownuje to do jakiegos czlowieka-przylepy, ktory chce za wszelka cene sie do kogos przytulic, nie chce go puscic I taki przyklejony jedyne co daje, to ogromna niewygode I niechec do wszystkiego. Nie wiem, czy rozumiecie moja przenosnie. Chodzi mi o to, ze czasem upal otula od stop do glow I nie ma przed nim ucieczki innej, niz te 5 blogich minut pod zimnym prysznicem.

Pierwsze dni…

Ciezko jest od samego poczatku kochac to miejsce. Najpierw trzeba zedrzec z siebie wszystkie wyobrazenia, jakie tylko mi przyszly do glowy przez pol roku przygotowan do wyjazdu. Oczywiscie- wszystko jest inne. Nawet nie chodzi o to, ze wymyslilo mi sie, ze tu napewno gdzies jest jakies molo, a przed kosciolem napewno jest wielki plac (ani jedno, ani drugie. Przed kosciolem jest ulica, a molo jest niewykonalne na rzekach, ktore potrafia tak radykalnie zmieniac swoj poziom. Pomijajac fakt, ze chyba nigdy w zyciu nie widzialam molo na rzece… Haha, ok zostawmy to).

Czyli tak. Mieszkam w miasteczku nad rzeka Marañon, ta, ktora pozniej laczy sie z innymi wielkimi rzekami w stylu Ucayali I wpadaja razem do Amazonki. Jestem tu juz ponad miesiac I zostane do przyszlego roku codziennie wieczorem sluchajac swiergotu tych malych stworzonek tudziez nie moc spac przez huk spadajacego deszczu rodem z lasu rownikowego. Teraz to brzmi, jak przyrodniczy film, podczas gdy- juz mi niektore rzeczy powszednieja. Powszednieje mi np. Slizganie sie po podlodze w domu, na ktora co tydzien wylewamy rope naftowa, zeby odstraszyc wszelkie robaczki chcace z nami mieszkac.

Troche o pierwszych dniach… Przejsc po ulicy bylo jak miec w Polsce zielonego irokeza I cale cialo w tatulazach. To jest etap przejsciowy, trzeba dac ludziom czas sie przyzwyczaic. To byl okres, kiedy pod wlos bralam chyba kazda osobe na ulicy zastanawiajac sie, czy przypadkiem nie jest mama/tata/bratem/siostra ktoregos z chlopakow z Limy (w Limie poznalysmy chyba z liczy… …liczy… 6 chlopakow z San Lorenzo. Dzis znamy przynajmniej jedna osobe z rodziny kazdego z nich).

Powoli zaczynala sie tez nasza praca tutaj, ale o tym nie dzis. Dzis tylko wspominam sobie tamte dni ‘bycia marsjanem’ na ulicy. I mysle sobie, ze za miesiac znow to samo… (Za miesiac plyniemy do innego miasteczka).

Tyle tytulem wstepu. Ciag dalszy nastapi…

Maly(ch) fotoreportaz

To droga jest celem

Umilowani! Temu zarowi, ktory posrodku was trwa dla waszego doswiadczenia, nie dziwcie sie sie, jakby was spotykalo cos niezwyklego, ale cieszcie sie, im bardziej jestescie uczestnikami cierpien Chrystusowych, abyscie sie cieszyli i radowali przy objawieniu sie Jego chwaly.

List sw. Jakuba  4, 12 – 13

To prawda. W poniedzialek 29. sierpnia 2011 dotarlam do Ziemi Obiecanej tego swiata. Nie znajduje innych slow na okreslenie miejsca, w ktorym dokonuje sie moja misja. Poslanie mnie, marnej, w progi tej malowniczej i bogatej w dobro krainy, pozostawia na moich ustach slowa uwielbienia. Psalm 81 slysze, kiedy sie budze, i kiedy klade sie spac.

Dotarlam do San Lorenzo, po 5 dniach podrozy: 32 godziny w autobusie na linii Lima – Tarapoto. Nastepnie 3 godziny – Tarapoto – Yurimaguas. Po trzydniowym odpoczynku i przygotowywaniu do odmiennego juz klimatu (w Limie zima oznacza chmury, wiatr i wilgoc, w selvie klimat obecny prezentuje sie nastepujaco: 35 stopni Celsjusza, miejscami deszcze i duzy stopien wilgoci), wyruszylysmy motorowka Huallaga Express do San Lorenzo. Przywital nas skwer, malowniczy port i chaty z liscmi palmowymi na dachach. Wokol wpatrujace sie w nas, gringas, twarze i tetniace zycie (mimo – morderczego moim zdaniem – upalu).

Pierwsze chwile w San Lorenzo to poczucie ciaglego slonca, potu i niezrozumienie jezyka. Lima przyzwyczaila mnie do wyraznej odmiany hiszpanskiego. Ponadto calkowicie odmienne, kolorowe i pyszne jedzenie – owoce, ryby i soki. Rzecz jasna nic nie wypiera slynnego w Peru kurczaka (pollo!). Oratorium przy parafii, w ktorej mieszkam, sciaga codziennie kilkadziesiat mlodziezy. Drugie natomiast, w ktorym pracuje codziennie –okolo  60 – 70 dzieci w roznym wieku i o kompletnie roznych temperamentach i pomyslach na zabawe. Nic jednak nie zastapi usmiechow niños z bosymi stopami, czarnymi wlosami i `Hermana! Hermana!`na ustach. Tak, jestem tutaj siostra. Czuje sie niezaprzeczalnie jak mama tej 70 – tki maluchow. Do dyspozycji naszego OARTORIUM mamy murowana kaplice z drewnianymi lawkami i kawalek terenu skoszonej trawy, na ktorej wbite pale tworza (calkowicie prawdziwe dla wszystkich nas) boisko do siatkowi i pilki noznej. Poki co biegamy po trawie, oczekujemy dalszego przebiegu sytuacji – byc moze betonu. Codziennie biegamy za pilka, uczymy sie czytania, pisania i rysowania. Urozmaicamy czas zabawa: nurkowaniem w studni, by ratowac pilke, gaszac pozar trawy otaczajacej oratorium i lapaniem salamandry, biegajacej po kaplicy. I choc, wracajac z tego, tak bliskiego i waznego dla mnie, spotkania z NOWA RODZINA, marze o prysznicu i Mszy. W koncu to zblizy mnie do nastepnego dnia – w ktorym znow spotkam te dziesiatki usmiechajacych sie twarzy.

W niedziele oratorium tworzy z nas wspolnote modlitwy. Przychodza dzieci, sasiad z naprzeciwka i kobiety, wcale nie w obcasach, z torebka i pomalowanymi paznokciami, ale z niemowlakiem pod reka. Swietnie wykonane, przez naszych oratoryjnych zuchow, obrazy zapelniaja z niesamowitym tempem sciany kaplicy Martina de Porres. Lada dzien na bramie powieszona zostanie i tabliczka powitalna.

Moja radosc wzmaga takze `amigo`. Codziennie po obiedzie wyruszam do malego domku, na ktory sklada sie zadaszenie z blachy i kawalek materialu tworzacy sciany. Mieszka w nim mezczyzna, niepelnosprawny, ktoremu codziennie zanosimy obiad. Jego `BUENOS DIAS, SENIORITA, BUENOS DIAS, SENIORITA! GRACIAS, SENIORITA, GRACIAS SENIORITA!` – powtarzane kilka razy, sprawia, ze usmiecham sie jeszcze szerzej.

Przesylam pozdrowienia od ananasow, bananow, marakui, juki, ryb, slonca, poteznej rzeki Marañon, hamakow, palm, kurzu i setek oczu, wpatrzonych w moje – inne, bo niebieskie.

Nie bez powodu w mojej glowie czai sie Camino de Santiago. Obiecany powrot na droge sw. Jakuba jest coraz blizej. Poki co, czerpie z doswiadczenia Camino 2009. Wciaz powtarzam slowa: `To droga jest celem` i staram sie wychwytywac kazde drzewo – ktore daje cien, kazdy kamien – ktory uwiera, kazdego mijajacego pielgrzyma – ktory niesie bogactwo swoich doswiadczen, kazde albergue – zwiastujace ukojenie, kazda kaplice – pozwalajaca na niepowtarzalne spotkanie, i kazda mysl o Katedrze sw. Jakuba – ktora ukazuje cel wedrowania.

Buen Camino entonces …

Yurimaguas i wreszcie San Lorenzo

Te momenty masz na dalsza droge

Czy jest recepta na nie oswajanie sie z ludzmi i przestrzenia? Chce kochac, ale dlaczego musze to robic na odleglosc? Poltora miesiaca w Domu dla Chlopcow w Limie bylo czasem blogoslawionym. I przynosi owoce. 6 tygodni nauki hiszpanskiego i angielskiego, wsluchiwania sie w muzyke roznych regionow Peru, grana na zywo przez naszych chlopcow, 6 tygodni pracy w kuchni, zmywania, prania, sprzatania patio, rozmow, zwiedzania, odwiedzania tysiaca sklepow, pysznego soku pomaranczowego, empanady de cheso i innych najwazniejszych momentow. Wszystko to tylko ulamek. Najwazniejsi sa ludzie. Nigdzie indziej nie poznam tych kilku, tak bliskich mi dzisiaj, osob.

Choc przytulili mnie mocno na pozegnanie, przedwczoraj zabralam ich ze soba do San Lorenzo. W sercu.

Ostatnie dni w Limie uplywaly szybko i wyjatkowo interesujo. Urodziny don Bosco obchodzilismy rownie hucznie, jak kazde inne urodziny. Pochod przez miasto byl wyrazem radosci i swiadectwa milosci. Zjednoczeni, spiewalismy o tym, jak wazny jest dla nas Janek. Innym razem zabrano mnie do tajemniczego miejsca – Brisas del Titicaca. Najlepszego wprowadzenia kulturowego, jakiego tutaj do tej pory doznalam. Tance z roznych czesci Peru wspierane przez orkiestre otwieraly oczy na roznorodnosc tego panstwa. Po raz kolejny. Moja codziennosc – pranie, sprzatanie, nauka angielskiego, mecze futbolowe i asystencja – przeplataly sie teraz z bogactwem kulturowym Cuzco, Huancayo, Piura, Limy etc.

Pozdrawiam z Yurimaguas. Skoro czas plynie w Peru inaczej, to i zmieniaja sie wszelkie mozliwe plany. W tej chwili powinnam byc na lanci, ktora jutro zacumuje w San Lorenzo. Przez zlamane okulary brata Jose Jose czekamy jednak do poniedzialku. Wtedy tez wyruszmy do misyjnego domu, do Domu. Wszystko jednak jest juz przedsmakiem owej casity. Jestesmy w selvie, co widac po papugach w domowym ogrodku, spoconym podkoszulku i komarach. W dodatku gigantyczna rzeka Marañon, na ktora spogladam znad talerza zupy przy obiedzie.

Czy to sen?

Partnerzy

Polska Pomoc
Obrazek
ObrazekSylwia Cieślar
ObrazekMagda Tlatlik
"Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP."

"Projekt jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2011 r."